Indonezja Lombok

Wspinaczka na wulkan Rinjani, czyli wysiłek, na który nie byliśmy gotowi

By on 21/07/2016

Z Australii przemieściliśmy się do Indonezji, aby podróżować przez miesiąc z naszą parą przyjaciół – Martą i Michałem. Od jakiegoś czasu zapowiadali, że chcieliby zdobyć drugi najwyższy szczyt Indonezji – wulkan Rinjani (3726m). Nie jesteśmy wielkimi fanami trekkingu, więc gdzieś tam w głębi duszy liczyliśmy, że pomysł umrze śmiercią naturalną i skupimy się na surfingu. W czasie podróży po Bali i wyspach Gili rozmawialiśmy dużo o wspinaczce, aż w końcu wszyscy postanowiliśmy podjąć wyzwanie. Nie wiedząc na co dokładnie się piszemy, wykupiliśmy wycieczkę (trzy dni i dwie noce) w jednej z przypadkowych budek oferujących przewodników na wyspie Gili Trawangan. Potem będąc już na Lomboku, dogadaliśmy telefonicznie wszystkie szczegóły i podekscytowani czekaliśmy na początek wspinaczki.

IMG_1259

Co według organizatora wliczone było w cenę:

– buty do trekkingu oraz ciepłe kurtki

– posiłki, w tym śniadanie pierwszego dnia wycieczki

– lokalny przewodnik i dwaj porterzy odpowiedzialni za noszenie i rozstawianie namiotów i przygotowywanie posiłków; dzięki temu po dotarciu do ustalonego miejsca zawsze miał na nas czekać posiłek oraz rozstawiony obóz

– transport z Kuty Lombok do wioski Senaru, z której ruszamy na wulkan

– transport po zakończonym trekkingu do miasta (Mataram)

Zderzenie z rzeczywistością!

Wiadomo, jesteśmy w Azji, a nie w Europie więc trzeba się mentalnie przygotować na to, że nie wszystko będzie idealnie zorganizowane. Sporo luzu jest wręcz niezbędne żeby nie popsuć sobie wymarzonych wakacji. Ale no są granice!

Kierowca miał po nas przyjechać do Kuty Lombok o 7:00 rano. Wstaliśmy więc o 6:00, zjedliśmy coś drobnego, dopakowaliśmy plecaki i o 7:00 byliśmy gotowi. Godzinę później zaczęliśmy się niepokoić i wykonaliśmy kilka telefonów do ,,organizatora” z pytaniem co się dzieje i gdzie jest kierowca. Ten powtarzał w kółko, że zaraz po nas ktoś przyjedzie. I rzeczywiście. Przyjechał. Dwie godziny spóźniony, oczywiście bez żadnego wyjaśnienia.

Ale, co zrobić, wsiadamy do samochodu i jedziemy. Po 2h dotarliśmy do portu w Bangsal, gdzie z samochodu przesiedliśmy się do busa. Czekały w nim na nas jeszcze trzy osoby, które miały zacząć wspinać się na wulkan Rinjani następnego dnia.

Rozpadający się bus „jechał” (raz jechał, raz stawał, zgrzytał i burczał) kolejne 2h. Czuliśmy się jak w jakiejś grze komputerowej – wszędzie biegające dzieci, kurczaki, skutery i samochody jadące pod prąd. Kierowca był niewątpliwie zdenerwowany całą sytuacją i próbował za wszelką cenę dowieźć nas na miejsce jak tylko szybko mógł. Mimo trudnych (według nas) warunków na drodze, co chwilę odbierał telefon, zmieniał karty sim i jadł. To cud, że niczego nie potrąciliśmy.

Gdyby tego było mało, po jakiś 15 minutach, dowiedzieliśmy się, że jedziemy do zupełnie innej wioski (Sembalun), niż ta z której mieliśmy zaczynać trekking oraz że będziemy wspinać się z inną ,,firmą”. Myśląc, że nic już nas dziś nie zaskoczy brnęliśmy dalej w tę jakże ciekawie zapowiadającą się przygodę.

Dotarliśmy do ,,firmy”, której siedzibą była stara chata, 3h spóźnieni i zdenerwowani na całą „organizację” wycieczki, za którą sporo jednak zapłaciliśmy. Przewodnik zapewniał nas, że musimy jak najszybciej wyruszyć na szczyt, bo za 4h robi się ciemno, a od naszego obozu dzieli nas przynajmniej 6h marszu szybkim tempem.

Niewiele myśląc zaczęliśmy się szybko przepakowywać na ziemi przed chatą. Głodni i wkurzeni, nieśmiało zapytaliśmy o obiecane śniadanie, ale oczywiście była to dla wszystkich nowość i twierdzili, że nigdy nie serwowali śniadań. OK, trudno zjemy jakieś ciastka, kupione dzień wcześniej właśnie na takie okoliczności.

A co z butami trekkingowymi i kurtkami, które są wliczone w cenę?!

Niby są, ale na ziemi leżą same małe rozmiary. Do wyboru, do koloru. Jak prosimy o rozmiar 43 (jaki podaliśmy wcześniej podczas rozmowy przez telefon) to organizatorzy łapią się za głowę i biegają w popłochu po wiosce w poszukiwaniu właściwej pary. Po jakimś czasie, okazuje się, że jedyną dostępną parą są buty w rozmiarze 46, czyli o 2,5 rozmiaru za duże. No trudno, lepsze to niż klapki. Ruszamy!

Pierwsze godziny wędrówki

I tak oto w popłochu, każdy z plecakiem na plecach i duchem na ramieniu zaczęliśmy wspinaczkę. Szybkim tempem, aby przejść jak najdłuższy dystans póki jeszcze było widno. Początkowa trasa nie była trudna, szliśmy przez polany pod niezbyt dużym nachyleniem. Z czasem jednak szlak stawał się coraz trudniejszy, a my dyszeliśmy coraz ciężej. Tempo było konkretne.

IMG_1222 2

Musieliśmy w końcu nadrobić kilka godzin opóźnienia. Po trzech godzinach marszu dotarliśmy do miejsca, w którym miał na nas czekać, przygotowany przez porterów, lunch. Niestety nic nie było gotowe, więc musieliśmy czekać. A może i stety, bo zdążyliśmy trochę odpocząć. 🙂

IMG_1245

Szybki posiłek, kubek ciepłej herbaty, kilka ciastek i w dobrych humorach ruszyliśmy dalej. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. A gdyby tego było mało, przewodnik nieśmiało oznajmił, że przed nami jeszcze parę godzin wspinaczki i że najłatwiejszy odcinek za nami.

O 18tej zrobiło się zupełnie ciemno. Zapaliliśmy czołówki i patrząc pod nogi wspinaliśmy się po korzeniach i kamieniach coraz wyżej. Plecaki ciążyły coraz bardziej, a Antka zaczęły boleć kolana. Wszyscy marzyliśmy, aby już zjeść kolację i położyć się w namiotach. Po 20tej doszliśmy do krawędzi krateru, z widokiem na jezioro Danau Segara Anak, gdzie miał czekać na nas rozstawiony obóz.

Ale nasza szalona passa się nie skończyła… Po porterach nie było śladu. Temperatura oscylowała w okolicy 5 stopni Celsjusza. Cali spoceni założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe ubrania. Po 1,5h stania w ciemnościach, w końcu zobaczyliśmy wspinających się porterów. Rozstawili namioty i tak oto na twardej ziemi, ubrani we wszytko co mieliśmy, głodni, telepaliśmy się z zimna czekając na jedzenie. Zasnęliśmy. Po około godzinie obudzono nas na kolację, która składała się z chińskiej zupki z warzywami i herbaty. Jedząc dowiedzieliśmy się, że mamy 2h snu. O 2:00 nad ranem pobudka i o 2:30 zaczynamy atak na szczyt. Myśleliśmy, że to nam się śni. Spodziewaliśmy się przyjemnego trekkingu z pięknymi widokami i dobrym jedzeniem podczas licznych przerw. Co za naiwność. Koszmar dopiero miał nadejść…

Atak na szczyt

Druga w nocy. Pobudka. Szybki tost z dżemem i zaczynamy wspinaczkę na szczyt, aby zobaczyć z niego wschód słońca. Jest kompletnie ciemno. Z obozu widzimy sznur świateł wspinających się przed nami. Nie posuwają się zbyt szybko. Coraz silniejszy ból kolan nie pozostawia żadnych wątpliwości. To nie jest sen. Widząc tylko kilka metrów przed sobą wspinamy się jedna osoba za drugą. Trasa jest bardzo stroma, mnóstwo kamieni, korzeni i piachu. Krok za krokiem ból jest coraz większy. Dochodzimy w końcu do miejsca, gdzie zaczyna się żwir i tak już ma być do samego szczytu… Oznacza to, że po zrobieniu dwóch kroków zsuwasz się o jeden w dół.

IMG_1253

Co chwilę ktoś się potyka i osuwa, podpierając się rękami. Godziny mijają. Robi się coraz jaśniej, a my wspinamy się coraz wolniej, ze łzami w oczach, metr po metrze. Gdy brakowało nam około 200 metrów do szczytu zaczęło świtać. Piękny wschód słońca. Widok nas kompletnie nie interesował. Byliśmy wykończeni. Liczyło się tylko zdobycie szczytu.

IMG_1252

Ostatnich 30 minut nie zapomnimy do końca życia. Każdy krok był wyzwaniem.

IMG_1470

W końcu dotarliśmy na szczyt. Widok był niesamowity, ale był niczym w porównaniu do satysfakcji, jaką czuliśmy. Spędziliśmy na szczycie kilkanaście minut podziwiając widoki, robiąc zdjęcia i jedząc ciastka w nagrodę.

IMG_1129

Nadszedł czas na zejście do obozu, które choć było łatwiejsze od wspinaczki, nadal zajęło nam prawie 4 godziny. Po dojściu do obozu, zjedliśmy obiad i padliśmy przysięgając sobie wzajemnie, że nigdy już nie będziemy się wspinać! 🙂

IMG_1256

W programie wycieczki, były jeszcze gorące źródła, do których udało się dotrzeć Marcie i Michałowi oraz powrót inną trasą do wioski Senaru. Wszyscy jednogłośnie zdecydowaliśmy, że jesteśmy zbyt zmęczeni żeby schodzić dłuższą trasą i zeszliśmy do miejsca, z którego zaczynaliśmy.

Kiedy można się wspinać na wulkan Rinjani?

Szlaki otwarte są od początku kwietnia do końca grudnia.

Czy było warto?

Oboje chcieliśmy raz w życiu zdobyć „wielki” szczyt. Udało się i możemy skreślić to z listy. Jeśli ktoś miłuje się we wspinaczce to szczerze polecamy. Jeśli po prostu lubisz ładne widoki to po przeczytaniu tego posta przynajmniej wiesz na co się piszesz! 🙂

IMG_1471

TAG
RELATED POSTS
4 Comments
  1. Reply

    fk

    23/07/2016

    gratuluje! niepokonani 🙂 !

    • Reply

      VetsAway

      04/08/2016

      Dzięki! 🙂

  2. Reply

    Iri Sunshine

    02/08/2016

    Ale cyrk… Dobrze, że wszystko miło się skończyło:) A widoki przepiękne!

    • Reply

      VetsAway

      04/08/2016

      To prawda widoki przepiękne! A cyrk był niezły!

LEAVE A COMMENT